Janusz KurzakPaweł PabichJakub GębkaKrzysztof PałęgaJakub SochaTadeusz GawełMarek Kolacha
WYCIECZKA DO CZORSZTYNA (15.08.2021)

Korzystając z wolnego weekendu postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę. Pierwotnie zdecydowaliśmy się na sobotni wyjazd, przynajmniej taki był plan. Szybko zweryfikowało go jednak życie (czyt. chęć udziału w pobliskim wyścigu, o którym dowiedzieliśmy się w ostatniej chwili). Wycieczkę przesunęliśmy więc na niedzielę. Nie powiem, żeby było łatwo... ale dało radę.

Z zamiarem odwiedzenia okolic Czorsztyna nosiliśmy się już od jakiegoś czasu. Trzy lata temu byłem w tej okolicy - na małej dokrętce po Tour de Pologne Amatorów. Wtedy mieliśmy rowery szosowe, co ograniczyło nam możliwości. Poza tym od tamtego czasu otwarto nową ścieżkę asfaltową wokół Jeziora Czorsztyńskiego. Przygotowaliśmy trzy warianty trasy: łatwą (w przypadku słabej pogody - tylko wokół Jeziora), pośrednią (dodatkowo fragment Velo Dunajec do Szczawnicy) oraz trudną (powyższe fragmenty, a na powrocie dość ciężki podjazd i zjazd ze szczytu Lubań).

Chęć udziału w wycieczce zgłosiło 10 osób, i tyleż pojechało. Tego dnia było gorąco i sucho. W zasadzie można powiedzieć, że żar lał się z nieba. Mniej więcej połowie ekipy to nie przeszkadzało, druga połowa kręciła nosem zwłaszcza, że pierwsze kilometry wzdłuż zalewu poprowadzone były na terenie otwartym - z jednym dość stromym podjazdem. Coś, czego nie spodziewałem się planując termin tej wycieczki, to tłumy ludzi jakie spotkaliśmy na tym odcinku. To nie były setki, to były tysiące ludzi... Po parunastu kilometrach dotarliśmy do Niedzicy, gdzie zatrzymaliśmy się na zdjęcia i uzupełnienie płynów. Wtedy wydawało się, że być może upał tego dnia przejdzie w burzę, nic takiego jednak nie nastąpiło.

Niedzicy zjechaliśmy na jakiś czas z Velo Czorsztyn na Velo Dunajec biegnący w kierunku Szczawnicy. Ten odcinek trasy był chyba najprzyjemniejszy - ludzi na trasie praktycznie nie było. Biegł on na lewym, a potem prawym brzegu Dunajca, jadąc mogliśmy obserwować tradycyjny spływ tratwami (kolejki ludzi do spływu były gigantyczne). Po słowackiej stronie, w Czerwonym Klasztorze, zatrzymaliśmy się na planowany postój. Dalsza część trasy do Szczawnicy biegła znanym i jakże malowniczym szlakiem przy samym Dunajcu. W tym miejscu ochłodę dawał cień i bliskość rzeki.

W Szczawnicy również chciałem zrobić postój, jednak tłumy ludzi już na wjeździe skutecznie nas zniechęciły. Pojechaliśmy dalej do Krościenka niezbyt ciekawą ścieżką rowerową wzdłuż głównej drogi. W Krościenku musieliśmy zdecydować czy jedziemy dalej trudnym wariantem trasy, czy sobie darujemy - i jedziemy do Czorsztyna główną, tego dnia - jakże zatłoczoną, drogą. Ambicja jednak wygrała i wszyscy, którzy mieli jaki-taki rower MTB, przystąpili do wspinaczki na Lubań.

Po tym podjeździe na szczyt i zjeździe nie wiedziałem czego się spodziewać. Na mapie wszystko wyglądało dobrze, na zdjęciach - również. Podjazd miał mieć około 8km i 800m przewyższenia. Łatwo jednak nie było. Zaletą tego podjazdu było jednak to, że na szczyt prowadził jeden w miarę dobrze oznakowany szlak - czerwony. Dzięki temu nie musieliśmy trzymać się grupą i każdy mógł podjeżdżać swoim tempem. Praktycznie cały szlak poprowadzony był w lesie, więc słońce również tak bardzo nie doskwierało. Główną nagrodą za męczarnię na podjeździe była wieża widokowa na szczycie, z której rozpościerał się bajeczny widok na wszystkie strony świata.

Dla niektórych nie była to jedyna nagroda - bo był jeszcze dość techniczny zjazd w stronę Kluszkowców Tutaj role się odwróciły - Ci, co najbardziej cierpieli na podjeździe, najlepiej czuli się jadąc w dół. Sam zjazd można było poprowadzić trochę łatwiejszą trasą, jednak czas powoli zaczął nas gonić, więc postanowiłem nie kombinować. Na dole odetchnąłem - na szczęście obyło się bez poważniejszych upadków i defektów. Częściowo szutrowy, częściowo asfaltowy odcinek między KluszkowcamiCzorsztynem był względnie łatwy.

Czorsztynie wróciliśmy znów na ścieżkę wokół jeziora. Późna godzina spowodowała, że ostatnie 10km pokonaliśmy w zasadzie beznamiętnie z rozpędu. Zmęczenie i późna godzina powodowały, że jak najszybciej chcieliśmy dostać się do samochodów, bo do domu czekała jeszcze 3-4 godzinna podróż w korkach.

Wycieczkę uważam za udaną, choć może jako organizator nie powinienem jej oceniać. Były elementy płaskie, był górski podjazd, był techniczny zjazd, były widoki. Każdy miał coś dla siebie.

Paweł Pabich
Powrót...