Patryk MańkaMaciej JaworskiPaweł JaworskiWiktor CzarneckiMarcin RasztabigaJakub GębkaTadeusz Gaweł
III BMW MARATON MTB ZAWIERCIE (08.09.2019)

To już trzecia edycja naszego lokalnego wyścigu. Z roku na rok impreza się rozwija. O ile trasa zostaje ta sama, to jednak kilka rzeczy się zmienia. Jak więc było w tym roku?

Pomijając rzeczy, na które organizator ma wpływ – nie dopisała pogoda. Wrzesień jest kapryśnym pod względem aury miesiącem, w poprzednich latach jakoś się udawało – było wręcz idealnie. Tym razem od początku lał/padał/siąpił deszcz, choć przy półgodzinnym asfaltowym wyścigu nie ma to tak dużego znaczenia, jak przy wielogodzinnym maratonie kolarstwa górskiego. Przy takiej pogodzie ciężko jednak gdziekolwiek się rozgrzać przed startem. Pozostało jeżdżenie w kółko po koronie stadionu.

Organizacja w biurze zawodów była sprawna, organizator chyba wyczuł pogodę, bo tym razem numery nie były papierowe. Wystawiliśmy nieco mniejszy skład na ten wyścig, niektórzy woleli jechać na bardziej ambitny MTBCross Maraton w Miedzianej Górze. Start wyścigu był nerwowy jak zawsze, tym bardziej, że po wyjeździe ze stadionu była od razu zwężka – trasa biegła ulicą i była odgrodzona od pasa ruchu metalowymi barierkami. Ktoś jadący niedaleko za mną skończył wyścig na tych barierkach. Zbytnia nerwowość zaraz po starcie jest niestety cechą amatorskich imprez kolarskich.

Tempo nie było za wysokie, więc jechał duży peleton. Tym razem nie zabłądziliśmy na pierwszym rondzie... tylko 200 metrów dalej – jakby nie patrzeć – zaraz pod moim blokiem. Dziwnym trafem czub peletonu nie skręcił w lewo za pilotem, tylko pojechał prosto. Skręciłem dopiero ja, a za mną reszta stawki. Podkręciłem mocno tempo, żeby zrobić przynajmniej częściową selekcję w peletonie. Ulica 3 Maja biegnie nieco w dół, więc łatwo było utrzymać 40km/h. Na ulicy Blanowskiej dałem się doścignąć i tempo znów siadło, więc ponownie odjechałem. Nie byłem w stanie jechać tak ślimaczym tempem, choć wiedziałem, że takie ucieczki eksploatują organizm, za co można zapłacić w decydujących momentach. Jedyny plus tej sytuacji był taki, że gonić mnie musieli zawodnicy innych klubów.

Grupa na pierwszej górce znów się połączyła. Od tego miejsca jest kilka interwałowych podjazdów, więc następne ataki to była oczywistość, bo jazda w większym peletonie nie przynosi już takich korzyści, jak na płaskich odcinkach. Peleton został rozerwany na drugim podjeździe, zupełnie tak jak rok wcześniej. Nie dałem rady jechać w czołówce, ale układ pasował, bo wśród kilku osób z przodu było paru zawodników Sengamu. Wiedziałem, że w tym wyścigu nie będę się już liczył, zostałem z Anią, Kubą i znajomym Rafałem – dobrą ekipą, żeby dojechać wspólnie do mety. Przed stadionem odpuściłem, podium kategorii M30 i najlepszego zawiercianina było już na mecie.

Tym razem tempo wyścigu było wolniejsze o półtorej minuty względem roku poprzedniego. Dało się to wyraźnie odczuć na trasie. 7 osób z klubu znalazło się na podium, ale to nie może dziwić w lokalnym, kameralnym wyścigu. Organizacyjnie na wyścigu (prawie) wszystko było w porządku. Reszta ekipy, startująca na dużo bardziej wymagającej trasie w Miedzianej Górze spisała się równie dobrze – tam zdobyliśmy trzy pierwsze miejsca i jedno trzecie w kategoriach wiekowych.

Paweł Pabich
Powrót...