Marek KolachaAdam DziukMateusz SzewczykMagdalena MędreckaAnna WajzerDamian LangnerKrzysztof Pałęga
VIENNA LIFE WARSZAWA (15.06.2019)

Przed sezonem kalendarz startowy pokazywał jasno - w tym roku można robić klasyfikacje aż w trzech cyklach. Oprócz dwóch, w których jeździmy zawsze, czyli Bike Atelier i MTBCross, wreszcie nadarzyła się szansa na punktowanie również na maratonach Vienna Life. Tylko 5 imprez, z pewnych powodów trochę łatwiejszych do ogarnięcia logistycznie w tym sezonie. Decyzja zapadła - troje zawodników, bo taka jest minimalna ich liczba potrzebna do klasyfikacji drużynowej, będzie startować w tym cyklu. Ja, Mateusz, no i oczywiście zawsze chętna Ania.

Zdjęcie: langteammaratony.pl / Michał Kapusta

Pierwszym wyścigiem była edycja w Krakowie. Dystans Grand Fondo dość zacny, bo 90km, nieco mniej na Medio - 64km. Poszło dobrze - Ania wygrała kategorię kobiet, ja i Mateusz zajęliśmy przyzwoite miejsca zważywszy, że startowaliśmy z ostatniego sektora. Drużynowo również nie było źle - czwarte miejsce za drużynami takimi jak CST czy Cryospace. Następnym etapem miała być betonowa dżungla, czyli Warszawa.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy już przy zapisach na ten wyścig, to zaskakująco mało osób deklarujących chęć uczestnictwa. O ile w Krakowie frekwencja była wysoka, to tutaj lista startowa świeciła pustkami. Powodem było prawdopodobnie to, że impreza kolidowała z innymi ciekawymi wyścigami, a większość zawodników pamiętała, jak prostą trasę zaserwował organizator w Warszawie rok wcześniej - średnia prędkość zwycięzcy wynosiła prawie 39km/h, co jasno mówi, że wyścig miał mało wspólnego z kolarstwem górskim. My jednak konsekwentnie realizowaliśmy plan startów, nie zważając na opinie sprzed roku.

Zdjęcie: langteammaratony.pl / Michał Kapusta

Na szczęście ze stolicą Zawiercie ma dobre połączenie kolejowe, wobec czego logistycznie było łatwo wszystko zrealizować - pociąg Intercity jedzie na miejsce trochę ponad 2 godziny. Miejsce startu - Wilanów - od dworca oddalone było zaledwie o 10km. No cóż, na miejscu faktycznie stawiło się niewielu zawodników - było ich może 200. Organizator postanowił połączyć sektory startowe.

Trasa była jednak zaskoczeniem. Kierując się opiniami sprzed roku przygotowany byłem głównie na asfalty przedzielone prostymi szutrami. Założyłem mocno napompowane opony semi-slick. I o ile przewyższeń na pętli było jak na lekarstwo, o tyle nawierzchnia była prawie całkowicie terenowa. Warszawę poznawaliśmy głównie od strony pól i łąk - tego naprawdę bym się nie spodziewał. Dodatkowo na każdej pętli zawodnicy mieli do pokonania piaskownię - odcinek iście z wyścigu przełajowego. Gdybym wiedział, jak będzie, zapewne założyłbym normalne opony.

Zdjęcie: langteammaratony.pl / Michał Kapusta

Na Grand Fondo zdecydowało się pojechać niewiele osób. Powodem nie była jednak trasa, a temperatura. Wyścig rozgrywany był praktycznie w całkowicie odkrytym terenie (lasów w ogóle nie było), a termometr w słońcu pokazywał 47 stopni. Ile stopni było na piaskowni - nawet nie chcę wiedzieć. Mi takie warunki pasowały, podczas wyścigu widziałem jednak wielu zawodników, którym odcinało prąd i zmuszeni byli do zmniejszenia tempa.

Na tym wyścigu osiągnęliśmy w zasadzie wszystko, co się dało - cała nasza trójka zajęła pierwsze miejsca swoich kategoriach wiekowych. Drużynowo również awansowaliśmy na pierwsze miejsce. Zdobycie koszulki zwycięzcy Vienna Life - bezcenne. Stolica została zdobyta.

Paweł Pabich
Powrót...