Paweł PabichMaciej JaworskiBeata KolachaAnna WajzerAdam DziukJakub GębkaWiktor Czarnecki
CYKLOKARPATY MYŚLENICE (25.08.2018)

O udziale w cyklu Cyklokarpaty myśleliśmy od dłuższego czasu. Odstraszały nas dwie rzeczy - daleki dojazd na praktycznie każdy wyścig oraz powszechnie znana "kosztowność" cyklu. Nie mówię tutaj o wpisowym, a raczej o konieczności dość częstej wymiany szybko zużywających się na trasach Cyklokarpat części rowerowych.

Miejscem startu tej edycji były podkrakowskie Myślenice. Przejeżdżaliśmy przez nie wiele razy udając się na górskie maratony. Teren był nam znany jedynie ze słyszenia - ciężki i wymagający, z dużą ilością oblepiającego błota. Trudność według skali organizatora - 4/5. Plusem miała być pogoda - w końcu od dwóch miesięcy wszędzie było sucho i ciepło. Idealny moment, żeby zapoznać się z cyklem. Początkowo zamierzaliśmy udać się do Myślenic w 7-osobowym składzie. Już tydzień wcześniej, po kraksie na wyścigu w Psarach, ze składu wypadł Marek. Zostało nas sześcioro.

Zdjęcie: Sylwia Sajdak

Kilka dni przed wyścigiem byłem już pewny, że pogoda spłata nam figla. Bardzo mokrego figla. Po tak długim okresie bez deszczu w Myślenicach zaczęło padać dopiero w dniu wyścigu, dokładnie na 3 godziny przed startem. "Padać" to oczywiście zbyt delikatnie powiedziane, bo w ciągu tych 3 godzin spadły chyba wszystkie rodzaje deszczu, zupełnie tak jak w filmie Forrest Gump. Ostatecznie wystartowaliśmy w 4-osobowym składzie: Magda, Maciek, Mateusz i ja. Myślę, że te kilka godzin przed startem było najcięższym testem psychicznym. Moja prywatna ocena trudności przed wyścigiem - 5/5. Naprawdę ciężko ruszyć do walki, wiedząc odgórnie, że trzeba będzie spędzić w takich warunkach 4-6 godzin.

Wystartowaliśmy w strugach deszczu. Początek wyścigu był bardzo dobrze rozwiązany - na średnim i długim dystansie wystartowało niecałe 200 osób, a trasa na pierwszych kilometrach była szeroka, a podłoże w miarę twarde. Chciałbym, żeby tak było do samej mety... Na końcu pierwszego podjazdu przestał padać deszcz - jak się potem okazało - aż do końca wyscigu. Widząc obraz radaru meteorologicznego przed startem wydało się to praktycznie niemożliwe. Koniec pierwszego podjazdu to zarazem początek odcinków technicznych. Nie było tak źle, jak na takie warunki - powiedziałbym, że jechało się całkiem przyzwoicie. Na pierwszym zjeździe wyprzedza mnie Mateusz, potem MagdaMaciek. Mateusza spotkałem kawałek dalej. Zjeżdżał nieco za szybko i przedwcześnie musiał zakończyć wyścig. Ten zjazd był chyba najcięższy, bo błoto oblepiało całe koła i przyczepność była znikoma.

Zdjęcie: Wiktor Bubniak

Drużynowo na tym wyścigu nie musieliśmy się spinać i w założeniach mieliśmy potraktować go treningowo. Jechaliśmy w wolniejszym, a zarazem bezpiecznym tempie. Parę kilometrów dalej dogoniłem MagdęMaćka, do rozjazdu Mega/Giga jechaliśmy w zasadzie razem (w zasadzie, bo na zjazdach i tak traciłem kontakt). Tego dnia miałem jak zawsze pojechać dystans najdłuższy, jednak treningowe tempo spowodowało, że istniała szansa, że nie zmieszczę się w limicie czasowym na mecie - 6 godzin. Dlatego na rozjeździe zadecydowałem nie wjeżdżać na pętlę Giga. Niesmak czuję do tej pory, bo w tym wyścigu oznaczało to DNF. Drugie DNF w karierze. Gdybym wiedział, że limit nie będzie przestrzegany, pewnie bym pojechał... Swoją drogą zwycięzca Giga jechał prawie 5 godzin, więc zniesienie ograniczenia wcale nie dziwi. Dziękuję również obsłudze za miłą pogawędkę w tym miejscu - stałem tam chyba cały kwadrans. DNF niestety boli, trzeba było walczyć do końca. Z doświadczenia w MTB wiem, że walka do końca praktycznie zawsze się opłaca, choć na trasie można tego nie dostrzegać. Wszystkim, którzy ukończyli - gratuluję. Podobnie jak tym, którzy zdecydowali się na start przy takiej pogodzie.

Trasa - podobała mi się. W warunkach suchych wyścig na niej byłby przyjemnością. Była zdecydowanie łatwiejsza przy takiej pogodzie niż trasy z Gwiazdy Południa. Ale miała coś, czego nie miały tamte trasy - flow. W zasadzie wszystko dało się podjechać i zjechać. Nie było bezsensownych miejsc, w których trzeba nieść rower, rzek, ogromnych kałuż nie do objechania. Technicznie rzecz biorąc - była po prostu dobrze skonstruowana.

Zdjęcie: Wiktor Bubniak

Organizacja - po raz pierwszy startowaliśmy w Cyklokarpatach, więc może kilka słów na ten temat. Kontakt mailowy z organizatorem - wzorowy. Dostaliśmy miejsca sektorowe zgodnie z punktacją z konkurencyjnego cyklu (aczkolwiek sektor na tym wyścigu nie był tak ważny). Miejsce startu wybrano bardzo rozsądnie. Pakiet startowy - tylko numer i mała broszurka, być może to jest "pakiet przy pierwszym starcie" - wszystko ładnie zapakowane. Trasa poprawnie skonstruowana i przyjemna. Poziom rywalizacji - wysoki (choć nadal zastanawiamy się dlaczego cały team CST zjechał z trasy). Bufety - dobrze zaopatrzone, łącznie z olejkiem do smarowania łańcucha. Catering po wyścigu - wielka pochwała, można było sobie wybrać jeden z kilku posiłków na zimno, nie trzeba było pokazywać żadnych karteczek, wystarczył numer startowy. Nagrody na podium - w tej edycji takie sobie, powiedziałbym, że na poziomie Bike Atelier MTB Maraton. Myślę jednak, że dla wszystkich największą nagrodą było ukończenie wyścigu.

Paweł Pabich
Powrót...