Janusz KurzakTadeusz GawełMaciej JaworskiMarek KolachaPaweł JaworskiBeata KolachaPaweł Pabich
ŚLR KIELCE (01.07.2018)

To mój dziesiąty sezon na trasach MTBCross Maraton, potocznie nazywanej Świętokrzyską Ligą Rowerową (ŚLR). Po tylu latach mam duży sentyment do podkieleckich tras. Pamiętam jeszcze czasy, gdy ścigali się na nich reprezentanci Polski z Markiem Galińskim na czele. Z czasem imprezy te straciły sporo na popularności, głównie wskutek agresywnie działającej i stale powiększającej się konkurencji. ŚLR natomiast stała w miejscu. Dla jednych może być to zaleta, bo przyjeżdżając na maraton po trzech latach nieobecności - dalej będziemy uczestniczyć w tym samym, hermetycznym cyklu. Tak czy siak, po 10 latach uczestnictwa, dalej widzę te same gęby mające taki sam sentyment do podkieleckich tras, jak i ja. A czego można oczekiwać po imprezach MTBCross Maraton? Po kolei:

  • brak czołówki polskiego MTB, na tych wyścigach trenuje zaplecze;
  • organizatorzy świetnie znają teren i wyciągają tyle, ile się da (w końcu to byli zawodnicy i widać ich doświadczenie przy wyznaczaniu tras);
  • organizatorzy co prawda wyciągają, ile się da, ale teren rozgrywania cyklu jest ograniczony i wyścigi są podobne, przez co mogą się nudzić;
  • profil trasy jest interwałowy, nie ma dłuższych podjazdów;
  • na Master musi być jakiś przejazd przez krzaki (od razu jednak trzeba dodać, że kiedyś krzaków było więcej, stąd w nazwie cyklu jest "cross");
  • brak profesjonalnego fotografa, ciężko więc uświadczyć na imprezie instagramowych kolarzy.

Jako największą wadę cyklu uznałbym punkt pierwszy. Te trasy w większości zasługują, aby ścigali się na nich najlepsi zawodnicy. Z takich, a nie innych powodów (głównie marketingowych) muszą oni wybierać jednak inne cykle - to samo dotyczy nas. ŚLR nie jest prestiżowe, i nie dąży do takiego statusu. W tym roku, podobnie jak w zeszłym, traktujemy go jako uzupełnienie. Uczestniczymy w nim, jeśli termin nie koliduje akurat z Bike Atelier MTB Maraton. Tym razem w weekend nie było konkurencji, a trasa już na pierwszy rzut oka - kusiła. Poprowadzona była fragmentami najlepszej trasy świętokrzyskiej z ubiegłych lat - Nowin. 61km długości i 1700m przewyższenia, w zasadzie bez płaskich fragmentów. Męczący, kielecki interwał. Na wyścig wybraliśmy się sześcioosbowym składem.

Miejsce startu było świetnie wybrane. Hala sportowa położona dość blisko centrum Kielc, jednak na tyle daleko, że pozwalała bezproblemowo wydostać się z terenu zurbanizowanego - poprzez park miejski, od razu na pierwszy podjazd pod wyciąg narciarski. Trzeba też dodać, że od startu było "pod górkę" i w miarę szeroko. Naprawdę znakomite miejsce na rozpoczęcie wyścigu.

Tego dnia nie miałem ciśnienia na jazdę i w zasadzie od początku postanowiłem, że zrobię ciężki trening bez ścigania. W końcu zbliża się wyścig etapowy i głupio by było nabawić się jakiejś kontuzji. Na pierwszym podjeździe jechałem jeszcze w miarę mocno, ale zjazd mnie już zastopował, lepiej było nie przesadzać. Tym bardziej, że los tego dnia zsyłał wiele znaków. Najpierw na trasie zobaczyłem Marcina Jabłońskiego, wielokrotnego zwycięzcy dystansu Master. Z nogą w gipsie. Zaraz potem zaczął mnie gonić pies, potem zawróciłem i sam go goniłem. Potem prawie wpadłem na uczestnika maratonu jadącego pod prąd (jechał dobrze, to trasa była poprowadzona w sposób kolizyjny, trasę między 4 i 5km pokonywało się w przeciwną stronę między kilometrem 14 i 15). Dalej znów Marcin w gipsie. W drugiej połowie praktycznie zderzyłem się z krossowym motocyklem. Jeszcze nie zdążyłem ochłonąć, a na niestrzeżonym wyjeździe na asfalt wpadłem na samochód.

Wracając do wyścigu - był w miarę ciężki i kondycyjnie, i technicznie. Sam jechałem na tyle wolno, że na 18 kilometrze dogonił mnie Marek, który startował 30 minut później. A w zasadzie "prawie" dogonił, bo tylko krzyknął za moimi plecami na rozjeździe - on skręcał na pętle Fan. Pętla Master zaczęła się od krzaków, a potem pierwszego w tym roku zjazdu, gdzie od razu powiedziałem "nie dam rady zjechać". Zaczynał się stromo, ale potem było jeszcze bardziej stromo - na szczycie nawet nie było widać gdzie się kończy. Sprowadziłem. Chwilkę dalej dogonił mnie i wyprzedził Paweł. Nie miałem tego dnia motywacji, żeby go gonić. Tym razem nie szukałem też towarzystwa na trasie. Chciałem po prostu spokojnie potrenować.

Chcąc nie chcąc dalej było odrobinę łatwiej i go jednak go dojechałem. Trzeba zaznaczyć, że trasa była wymagająca, ale i ciekawa. Sporo było miejsc cieszących oko, zwłaszcza tych w lesie. Oprócz bufetów z wyścigu 20km przed metą był też lokalny bufet piwny. Zapewne z piwem bezalkoholowym. Ostatnie kilometry postanowiłem pojechać trochę szybciej, już w normalnym tempie wyścigowym. Ten odcinek jechało mi się naprawdę dobrze. Końcówka to zjazd z wyciągu narciarskiego, park miejski i meta.

Reszta zespołu z wyścigu była bardzo zadowolona. Zarówno z trasy (chwalona zgodnie przez wszystkich), jak i z osiągniętych rezultatów. Ania wygrała open kobiet na dystansie Master, Magda - na Fan. Marek wygrał swoją kategorię na Fan, Maciek uplasował się na 4 pozycji na Master. Tylko Pawły jakoś tak bez podium... ale może kiedyś się odegramy. W każdym bądź razie każdy z Kielc wracał z uśmiechem - i chyba o to w tym sporcie chodzi.

Paweł Pabich
Powrót...