Jakub GębkaJanusz KurzakDamian LangnerPatryk MańkaPaweł JaworskiMaciej JaworskiAdam Dziuk
WYCIECZKA NA LYSĄ HORĘ (23.07.2017)

Między wyścigami postanowiliśmy znaleźć chwilę czasu na wycieczkę integracyjną. Wraz z członkami Towarzystwa Jurajskiego wybraliśmy się do Czech, naszym głównym celem miał być najwyższy szczyt pasma Beskidu Śląsko-Morawskiego, znajdująca się na wysokości 1324m n.p.m. Lysa Hora - Łysa Góra.

Zbiórka o godzinie 5:30 pod Sengamem oraz pakowanie rowerów do samochodów przebiegły szybko i sprawnie. 13 osób, w tym 8 z naszego klubu, rozmieściło się wygodnie w 3 samochodach. Dwugodzinna podróż, przebiegająca po stronie polskiej głównie autostradami, a po stronie czeskiej mniejszymi, niepłatnymi drogami, minęła w zasadzie bez problemów. Ruch samochodowy w niedzielę rano po obu stronach granicy był znikomy. Na miejsce startu, czyli okolice kościółka w Prażmie, stawiliśmy się krótko po godzinie 8:00. Chwila czekania na grupę z Dąbrowy Górniczej – i w drogę.

Pierwszą częścią trasy był 17-kilometrowy podjazd, prowadzący najpierw szeroką drogą publiczną o umiarkowanym nastromieniu (2.5%), który w drugiej połowie przechodził w wąską, asfaltową ścieżkę na sam szczyt (7.5%). Warunki panujące rano - słoneczna pogoda, wysoka temperatura i wilgotność – były mocno uciążliwe. Jednak przyjemność z podjeżdżania była ogromna. Piękne widoki, duża ilość kolarzy z Polski, a także wszechobecna przyjazność lokalnych turystów wynagradzały cały trud. Na szczycie, oprócz podziwiania panoramy okolicznych gór, odpoczęliśmy i uzupełniliśmy zapasy w lokalnej gastronomii. Zjazd z Lysej Hory był jednym z najtrudniejszych punktów wycieczki – głównie za sprawą kamienistego podłoża oraz wszechobecnych turystów wspinających się na szczyt. Jednak wraz ze zbliżaniem się do miejscowości Ostrawica szlak stawał się coraz bardziej łagodny – po kamieniach były szutry, a później dobrej jakości asfalt.

Następnym punktem trasy był wjazd na Radegast. Droga na niego prowadziła przez kilka okolicznych wzniesień i szczytów – najpierw Smrcek, znajdujący się u podnóża Smreka, a dalej na Certuv Mlyn (Diabelski Młyn). Podjazd pod tą drugą górę był naprawdę urokliwy, poza tym świetnie nadawałby się do kolarskiego treningu – pierwsze 4km miały prawie tak samo sztywne 11% nastromienie oraz dobrej jakości nawierzchnię szutrową. Na tym odcinku nie spotkaliśmy ani jednej osoby, za to na krótko pogorszyła się pogoda – zaczął padać deszcz, aczkolwiek tego dnia nie był on uciążliwy i dawał trochę ochłody dla ciała. Końcówka podjazdu pod Diabelski Młyn nie nadawała się jednak do jazdy na rowerze – około 1km trzeba było podejść wąską, najeżoną mokrymi kamieniami ścieżką. Zjazd można opisać w trzech słowach – krótki, stromy (25%) i niebezpieczny. Obyło się jednak bez ofiar (niektórzy zjechali, ale większość osób nie ryzykowała).

Kilka kolejnych kilometrów możnaby nazwać "płaskimi". Zbliżaliśmy się do Radegastu (Radhoszcz), na szlaku pojawiało się coraz więcej turystów. Także nawierzchnia, po której się poruszaliśmy, coraz bardziej nadawała się do szybkiej jazdy. Ostatecznie dotarliśmy najpierw pod pomnik, następnie pod położoną na szczycie kapliczkę (1129m n.p.m.). W schronisku zatrzymaliśmy się po raz drugi na dłużej – na obiad oraz by skosztować lokalnego piwa (tylko z nazwy, procenty były niewyczuwalne). Pogoda ze słonecznej w pochmurną zmieniła się w ciągu kilku minut. Na szczęście nie zaczęło padać.

Jestem absolutnie pewny, że wszyscy do końca życia zapamiętają asfaltowy zjazd z Radegastu od Pustevny. Ponad 5km gładkiej, nowiutkiej nawierzchni z kilkoma ostrzejszymi zakrętami. 8 minut jazdy z prędkością powyżej 40km/h. Każdy, kto jechał w czołówce zapamięta również iskry spod butów Damiana, który ratował się na jednej "agrafce" podpierając się nogą. Naprawdę dawno już nie widziałem tylu bananów na twarzach ludzi, jak po tym zjeździe. Tutaj również wszystko przebiegło bezpiecznie, choć najmniejszy błąd i zjazd z trasy mógłby kosztować bardzo dużo...

Ostatnie 25km to powrót lokalnymi drogami i dróżkami do Prażma, bez większych podjazdów, zjazdów i historii. Po dotarciu na metę odniosłem wrażenie, że większość osób nie jest jeszcze zmęczona tymi 85km i 3000m w pionie. Następna wycieczka – tym razem na Pradziad – już za dwa tygodnie.

Paweł Pabich
Powrót...