× STRONA GŁÓWNA TEAM| WYDARZENIA| KALENDARZ| WYNIKI| GALERIA| GPS| STOWARZYSZENIE O NAS
WYDARZENIE
BIKE ATELIER MTB MARATON OLKUSZ (25.06.2017)

Czwarta edycja Bike Atelier MTB Maraton odbyła się w tym roku w pobliskim Olkuszu. Bardzo cieszyliśmy się z takiej lokalizacji wyścigu – mnogość pobliskich ścieżek rowerowych dawała gwarancję, że trasa będzie ciekawa. Po publikacji jej dokładnego przebiegu cieszyliśmy się jeszcze bardziej – okazało się, że została puszczona na północ, w kierunku Ogrodzieńca, czyli na tereny, w których często trenujemy. Przedwyścigowe jej objazdy jasno pokazywały, że będzie to jedna z lepszych tras całego cyklu. Fala upałów, która ostatnio nadciągnęła nad Polskę zapowiadała, że może to być pierwszy suchy wyścig w tym roku. Tym razem organizator nie przewidział przejazdów przez rzeki, bagna i tym podobne przeszkody. Na trasie była co prawda jedna bagnista kałuża w okolicach Bydlina, ale nasz klubowy kolega Marek zadbał dzień wcześniej, żeby dało się ją ominąć w miarę komfortowo.

Zdjęcie: Pause

Na plus tej edycji trzeba zaliczyć świetnie umiejscowione miejsce startu – Silver Park w Olkuszu. Lokalizacja ta zapewnia dużo miejsca na przeprowadzenie takiej imprezy w rowerowej atmosferze oraz dość dużą swobodę parkowania blisko centrum miasta. W tym miejscu rozgrywane są również mniejsze wyścigi rowerowe – np. Family Cup. Sama trasa od startu też wydawała się dobrze przemyślana – 3km szerokiego asfaltu na rozciągnięcie peletonu, selektywny podjazd, dalej kilka kilometrów w miarę płaskich i szerokich szutrów.

HIGH HOPES

Na wyścig udaliśmy się praktycznie w najmocniejszym składzie – nie było tylko Mateusza. Trzy osoby z teamu (w tym po raz pierwszy ja) startowały z sektora 0, Adam z 1. Tak więc wreszcie byliśmy dobrze reprezentowani z przodu peletonu. Start punkt 11:30, spodziewałem się od początku bardzo wysokiego tempa. Niestety tak nie było... sektory 0 i 1 zjechały się ze sobą, zrobiło się ciasno, prędkości w ogóle nie było czuć. Zostałem zablokowany w środku peletonu. Mam wrażenie, że większość osób z czołówki nie wiedziała, że zaraz zaczyna się wąski, terenowy i stromy podjazd, na którym przez złe ustawienie można stracić bardzo dużo czasu. Niektórzy zdawali sobie z tego sprawę, bo wyprzedzali peleton jadąc po chodniku – dla mnie takie zachowanie powinno kończyć się dyskwalifikacją, ale zważywszy, że byli to zawodnicy m.in. Bike Atelier Team, którzy przyjechali na metę w czubie dystansu Hobby – sprawa raczej przejdzie bez echa.

EVEN FLOW

Po dojeździe do rzeczonego podjazdu stał się fakt oczywisty – korek. Pierwsze dwa sektory puszczone razem stanowią chyba najliczniejszą grupę – zapewne ponad 100 osób, która reprezentuje podobny poziom sportowy. Na tego typu podjeździe peleton, o długości 40-50m, w jednej chwili musi się rozciągnąć na 150-200m. Większość osób zwolni, niektórzy będą musieli się zatrzymać. Zostałem z tyłu, wciąż po tylu latach nie nauczyłem się kolarskiego "przepychania" w tłoku. Na podjeździe spotkało mnie zaskoczenie – przed sobą zobaczyłem Janusza. Jako kapitan zespołu znałem sektory, z których powinni wystartować pozostali zawodnicy – Janusz z całą pewnością miał przydzielony sektor 2, a pojechał z 1, co w konsekwencji dało 40 minut kary do czasu na mecie. Teraz nie było już można tego odkręcić.

Po podjeździe nastąpiło kilka kilometrów bardziej płaskiego terenu, gdzie można było odpowiednio poukładać "pociągi". Miejsca było aż nad to, wcześniejszy podjazd rozciągnął początkowe sektory na dobre dwie minuty, tak więc kto dał się zablokować na starcie, tudzież cwaniacko nie skorzystał z chodnika – mógł być już "po wyścigu". Pierwsze górki zaczęły pojawiać się w pobliżu Jaroszowca. Zawsze miałem sentyment do tej okolicy, uważam ją za jedną z piękniejszych na Jurze. Teren ten również świetnie nadaje się na wyścig. Jego dużym plusem tego dnia było usytuowanie w zacienionym lesie – choć na chwilę można było odpocząć przed słońcem.

Zaraz za jaroszowskimi pagórkami rozpoczynał się asfalt. Równomierne ułożenie krótkich odcinków asfaltowych na tej trasie – mniej więcej co 10 km – było następnym plusem, spokojnie można było się napić czy coś zjeść. W tym miejscu urwałem się mojemu pociągowi, i jak się później okazało – praktycznie do ostatnich kilometrów jechałem sam. Około 23 km, od Bydlina, rozpoczynał się najdłuższy podjazd na trasie – czerwonym szlakiem w kierunku Smolenia. W okolicach tych często występuje błoto, jednak wysokie temperatury i brak opadów zrobiły swoje – odcinek był całkowicie suchy. Przed samym Smoleniem kibicowała nam rodzina Marka, za co w imieniu zespołu serdecznie dziękuję.

ENTER SANDMAN

Za Złożeńcem zaczynały się pierwsze piaskownice – na podjeździe w okolicy Brzuchackiej Skały. Przez ten teren przebiegały już trasy kilku wyścigów biegowych i rowerowych. Największe piachy były jednak w okolicy Ryczowa i Żelazka, czyli w rodzinnych stronach Magdy. O ile te pierwsze pokonałem w przyzwoitym tempie na swoim 26-calowym rowerze, to przy tych drugich straciłem już nerwy i kląłem co nie miara, grzebiąc się w morzu piachu na lewo i prawo. Po wyjeździe na asfalt praktycznie eksplodowałem od sportowej złości. Po wcześniejszych objazdach wiedziałem jednak, że były to ostatnie tereny z tego typu nawierzchnią, dalej będzie twardo i szybko. Kilka podjazdów w Jaroszowcu dało jednak trochę popalić. Ostatnie kilometry to bardzo przyjemny single-track w lesie na zachód od Pomorzan. Przejechałem go bardzo spokojnie, na plecach zawodnika Bike Atelier Team, delektując się ostatnimi elementami trasy maratonu. Na koniec pozostał sprint do mety, ale nie było już z kim się ścigać.

Przez większość trasy prześladowała mnie chęć zjedzenia truskawek, dużych, czerwonych truskawek. Gdybym zauważył jakieś po drodze – niechybnie bym stanął. Organizator postarał się bardzo na ostatnim bufecie – oprócz jak zwykle bardzo dobrych pomarańczy – były arbuzy. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek zjadł tyle na maratonie. Owoce były tak smaczne, że nawet zapomniałem o truskawkach.

Wyścig należy zaliczyć do udanych w naszym wykonaniu – 5 osób na szerokim pudle na dystansie PRO, utrzymaliśmy też dwa drugie miejsca w klasyfikacjach drużynowych – w jednej trochę zyskując, w drugiej tracąc. Od następnego maratonu z cyklu Bike Atelier MTB Maraton dzieli nas trochę dłuższa przerwa – 5 tygodni. Na razie, z pierwszej części sezonu, jesteśmy bardzo zadowoleni.

Paweł Pabich
Powrót...